niedziela, 12 maja 2013

Majówka #4: Warsaw

A oto kolejna część relacji z mojej podróży z Amelią. Drugiego maja dotarłyśmy do Warszawy, która przywitała nas zimnem i niewdzięczną pogodą. Jednak jako niestrudzone podróżniczki nie poddałyśmy się i zaraz po dotarciu do naszego apartamentu wyruszyłyśmy na podbój miasta. Oczywiście nie obyło się bez zdjęć stylizacji. Wszystko zostało uwiecznione, nawet łapanie stopa na przystanku autobusowym.

 
Wieczorem znów nie ominął nas mecz, jednak tym razem zainteresowało nas bardziej coś zupełnie innego. Odkryłyśmy w stolicy pewną niepokojącą modę na noszenie pluszowego szczura w kieszeni na piersi. Osobiście mam nadzieję, że ten przejaw totalnego hipsterstwa nie rozprzestrzeni się w Krakowie ;)
 
Jako krakowianka (pseudo krakowianka z nadmorskimi korzeniami), powinnam darzyć warszawiaków przynajmniej odrobiną niesmaku, jednak muszę przyznać, że nie spotkałam tam ani jednego niemiłego człowieka. Przypadek? Może, ale miłe wspomnienia pozostaną.
Pogoda zmusiła nas do spędzenia prawie całego drugiego dnia pobytu w Złotych Tarasach. Wcześniej jednak nie obyło się bez przepysznego śniadania (z deserem!) i spaceru. Zaskoczył mnie pomysł reklamy LV, który ponoć został mocno skrytykowany m.in. przez mieszkańców Krakowa. Według mnie to bardzo pomysłowa i oryginalna reklama na miarę “nowej Warszawy”. Nazywam ją nową, ponieważ gdy byłam tam jakiś czas temu, nie sprawiała jeszcze wrażenia takiej metropolii jak obecnie. Pomimo to, iż wolę miasta w typie Wrocławia czy Krakowa, to nowe wieżowce zrobiły na mnie ogromne wrażenie.  
Oczywiście , jak na prawdziwe blogerki modowe przystało, nie mogłyśmy pominąć zakupów. Czekają Was więc nowości na blogu :) A mnie kolejne porządki w szafie…  
Trafiły nam się też mniej trafione zakupy, jak te przepiękne, aczkolwiek okropne makaroniki. Uwielbiam te ciasteczka, jednak tym razem nie udało mi się kupić tak smacznych, jak te wiedeńskie.

Wieczór spędziłyśmy na sławetnym Placu Zbawiciela. Z racji tego, że Amelia nie miała jeszcze okazji zobaczyć tego kultowego miejsca, pomimo ohydnej pogody zabrałam ją na wino do Charlotte. W końcu każda szanująca się blogerka musi się pokazać.
Ostatniego dnia zostało nam trochę czasu, który wykorzystałyśmy głównie na co? Oczywiście jedzenie! Wybrałyśmy się do Zapiecka na Alejach Jerozolimskich, gdzie jadłam najpyszniejsze w swoim życiu pierogi (oczywiście pomijając te babcine ;).
Nie mogłam także odpuścić sobie wizyty w bibliotece UW. To moje ulubione miejsce w Warszawie. Pomimo nieciekawych knajpek (powinni zainwestować w coś fajniejszego, w końcu to przepiękne miejsce), to sam budynek i ogród mają nadzwyczajny klimat. To idealne miejsce do odpoczyku, o ile nie przetaczają się przez nie stada turystów, co miało miejsce podczas naszej obecności. 
Biblioteka była ostatnim miejsce na naszej liście. Następny przystanek – Wrocław!

4 komentarze:

  1. Bardzo ciekawa fotorelacja, bardzo Ci zazdroszcze ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda tylko że tęcza spalona :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie tam pobuszować po prostu i bez pośpiechu!

    OdpowiedzUsuń